poniedziałek, 17 kwietnia 2017

kartka z kalendarzu.

Zaczęło się tak, że na FB przeprosiłem N. za swoją nieobecność na kilkanaście następnych minut. Udałem się do dużego pokoju. Wziąłem jedną tutkę z pudełka (mentolową). Usiadłem na krześle. Przede mną leżał - na małą skalę zakrojony bałagan - tzn. torba strunowa z wysuszonym już tytoniem oraz książka, oczywiście pokryta drobinami owej rośliny oraz maszynka. Nabiłem, pomacałem czy nie za mocno ubita i wreszcie domknąłem drzwi balkonowe z zewnętrznej strony tak aby nie wpuszczać do mieszkania chłodu. Przez chwilę nie działo się nic szczególnego, tj. odpaliłem szlugę i zdążyłem zaciągnąć się kilka razy. Drzewa, które jeszcze zostały z tej strony bloków obrosły liśćmi na tyle szczelnie, że na chodnikach w pobliżu widać o wiele mniej niż jeszcze choćby miesiąc temu. Nic to jednak. I tak już zdążyłem uznać (co najmniej około godziny 10), że kompletnie nikt nie bawi się w śmigus - dyngus w ten deszczowy dzień. Mógłbym dołożyć do tego (swoją) pogardę dla pogardy wobec dziedzictwa przodków. Ale nie pomyślałem wcale w ten sposób, dodaję to tylko jedynie dla ubarwienia narracji - no jakby w nawiasie. I nagle rozległy się krzyki. To co zobaczyłem zaskoczyło mnie na tyle mocno, że postanowiłem to wszystko opisać tutaj. Trójkę dzieciaków (wśród nich - najlepszy z agentów - młody F.) goniła... dwójka dorosłych ludzi... Zakładam, że byli rodzicami swojego syna, który był razem z nimi w drużynie. Pierwszy z balonów wypełnionych wodą o włos ominął jednego z pierwszej grupki, drugi też nie dotknął celu. Rodzice na chwilę przystanęli. Pewnie zamienili jakieś krótkie zdania ze sobą. I tuż po chwili pobiegli dalej za uciekinierami, którzy już zdążyli zniknąć za winklem tamtego bloku.

I to koniec tej opowiastki. Ale dodam tylko, że od razu gęba mi się rozpromieniła uśmiechem i trwałem w tej mimice jeszcze pewien czas po tym jak już wszyscy z nich zniknęli z zasięgu mojego wzroku.

Mówię Wam - MEGA.
Mega zabawnym było ujrzeć tych dorosłych dwoje. :)

No i z racji tytułu jaki nadałem, zanotuję to niczym w pamiętniczku - jakaś pieprzona lukrowa dekoracja z mazurka od cioci J. zawierała w sobie jakieś je*ane ch*j wie co, które trafiło na mojego jedynego* dziurawego zęba i ku*wa ukruszyło go bardziej.
Och... Och jakiż to żal... Och jaki ból... We mnie to wzbudza. gdy od tamtej pory mój język zahacza o ostrą krawędź tego co pozostało...

_________
* - jedynego zęba - otóż: w styczniu byłem u dentysty, z którym pierwszy raz w ogóle miałem do czynienia i zapytałem go jak ocenia moje uzębienie, po niemal ośmiu latach brania metyloamfetaminy - trochę był zaskoczony długością tego okresu, ale przyznał, że jest nad wyraz w porządku.
(i uwierz, że mało mnie obchodzi, jakiś czyjś ewentualny niesmak, czy w ogóle pogarda wobec mnie z tego powodu)