środa, 30 listopada 2016

czy śnieg w nocy też jest biały czy może nikt jeszcze o to nie pytał bo przedwczoraj było lato?

Ojej! Ludu! Spadł śnieg! Widzieliście? Na Was też spadł? Tak? I jak Ci z tym? Tak jak mi? Że znowu rok trzasnął sprintem jak Usain Bolt i zostało się zastanawiać czy minął szybciej niż przedtem? Usain Bolt pewnie pobije swój rekord, ale mogę chyba ze szczerym sumieniem przyznać, że jakoś podejrzanie szybko minął mi czas od lutego do dzisiejszego dnia - ostatniego listopada. Cholera. Przecież nikt nie zaginał czasoprzestrzeni... Eeee.... Prawda? Nie mylę się, co? Nie ważne. Mógłbym tutaj wspomnieć o benzodiazepinie, którą brałem przez większość minionych dni, ale już więcej o niej nie wspomnę, oprócz zaznaczenia, że ponoć po niej szybciej ucieka czas. Coś jest na rzeczy. Gdyby spojrzeć raz na zegarek po klonazepamie i potem porównać widok przy drugim spojrzeniu, można by wysunąć metafizyczny postulat prawdy - jakoby po benzodiazepinach czas płynął szybciej. Nie wiem. Coś mi świta w umyśle, że już o tym pisałem na tym blogu. O tym upływie czasu po benzo. Nie wiem. Piszę wykorzystując strumień świadomości i po tych kilku latach minionych od porzucenia bloga jedi, przestałem czytać to co napisałem wcześniej na tymże blogu. Może powinienem przeczytać?
Cholera... Przeczytam, bo znowu mam wrażenie, że się powtarzam. Nienawidzę tego pieprzonego przeświadczenia, że już ten temat podejmowałem. Tym bardziej, że przyjmuje tego typu przeświadczenie we mnie już formę pełnoprawnego deja vu. Irytuje mnie to. Może na święta dostanę trochę luzu. W końcu ważne jest mieć nadzieję. W końcu ważną jest nadzieja, że jeszcze trochę pokręcą się wskazówki po zegarowej tarczy (że też im się nie pokręci nic od tego...) i wreszcie te święta będą. Święta Bożego narodzenia. Bożego! Chwalmy Pana! Wszyscy Święci! Gdzie są te przecenione produkty, które sieci supermarketów podarowały nam "pod choinkę"? Jakoś mnie to omija. Ten cały szał świąteczny... Azaliż jako, że znam się na zegarku (nawet połapałem się miesiąc temu, że godzinę należy przestawić!) i kalendarz mam zaktualizowany i zsynchronizowany wszędzie gdzie tylko mógłbym o tym pomyśleć, to czuję się zaskoczony! Normalnie nie spodziewałem się! Gdzie są ci wszyscy reklamodawcy, ci marketingowcy, np. ci po ciężkich studiach zaocznych w Zgorzelcu, na menadżerskiej uczelni? Czemu jeszcze nikt nie chce mi wcisnąć czegoś okazyjnie? No czemu? Mam czekać? I nerwowo zerkać na zegarek pełen zniecierpliwienia? Po moim trupie. Nie mam czasu. Samo się stanie. Nikt niczego nikomu nie każe. Ale dzięki, że czytasz. Czuję się wydrenowany umysłowo w tym momencie tej wypowiedzi i wystąpił - wspominany ostatnio - pot na skórze mej znowuż, z powodu zagotowania się mego w toku tych wywodów. Myślę, że już wystarczy. Pozdrawiam tych moich sąsiadów, którzy pierwsi wystawili w oknie swym błyskotliwe światełka oraz dołączam pozdrowienia dla tych sąsiadów, którzy -wedle mej obserwacji - zrobili to jako drudzy. No co... ? Ten bałwan kto ulepiony...

piątek, 18 listopada 2016

jeszcze jedna notka, która nie ma skonkretyzowanego motywu tytularnego.

Jak pada deszcz w Bogatyni, to ja akurat muszę gdzieś iść. I jak pada ten deszcz to oczywiście, że nie wziąłem parasola z domu. Zorientowałem się, że pada po zejściu z pierwszego piętra. Co z tego, że tak nisko, skoro gonił mnie czas i nie wróciłem się po parasolkę. Co z tego? Albo może - co z tego wynika? Co z tego wynika oprócz tego, że mam w życiu rozgardiasz... Bo co oprócz tego właśnie, może wynikać, gdy już wróciłem do domu i nie pada na mnie? Może i wynika niejedno, ale pisać o tym nie będę. Wynika z tego, że to nie ważne. No przynajmniej na pozór wynika z tego, że to nie ważne. A jak już coś jest pozorem w tym wszystkim, to obstawiam, że przynajmniej jest to faktycznie upozorowane, bo tego pozoru dopatruję się w halucynacjach, które przeżywam podczas swojego życia. Podobno pisarze (nie no, nie jestem w sumie pisarzem nie?), jako ludzie, którzy swoją świadomość zajmują scenariuszem swojej opowieści i jakby opuszczają sferę tu i teraz, mają tę małą furtkę bezpieczeństwa podczas snucia ich bajań, że przy rzeczywistości trzyma ich naciskanie klawiszy z literkami, lub długopis. Więc wynika z tego, że ja, jestem zaczepiony w rzeczywistości poprzez to co czytasz. Gorzej tylko, że skreśliłem kolejne zdania, które były w tym miejscu i uciekła mi kompletnie ochota - bo nawet nie pomysł czy wena - na dalsze pisanie. A może to przez to, że mi się skończył papieros? Idę po następnego i kończę ten wpis.

wtorek, 15 listopada 2016

" to jest miś na miarę naszych możliwości! "

Nie lubię się tak czuć jak czuję się w tej chwili. Wszech-zwątpienia doświadczam mianowicie. Nie widzę sensu w doprowadzaniu spraw do końca. To chyba czwarta próba napisania notki na blogu w dniu dzisiejszym. Robię to dla siebie. Nawet nie będę, zaraz po ukończeniu, udostępniał linka na facebook'u. Chyba jednak najlepszym remedium na stan pustki wewnętrznej jest zastosować do swojej rzeczywistości starego porzekadła naszych rodziców - oraz ich rodziców - czyli naszych pradziadów - " weź się do roboty (zajmij się czymś) to nie będziesz myślał o pierdołach! " I wiecie co? Dosłownie jak skończę tę notkę to ruszę się stąd, aby się czymś zająć. Mam coś do zrobienia. Ku*wa. Idę się tym zająć.
No to pa~pa!

środa, 2 listopada 2016

z balkonu.

Wyjść. Wyjść wreszcie przez balkon i stanąć na świeżym powietrzu. Wreszcie poczuć, że to jest ten moment. Że oto już i, że to teraz - nadeszło! Więc wychodzę na ten balkon. Wcześniej przygotowałem sobie papierosa. Nabiłem ten niezły tytoń, który nie spełnia unijnych norm i oto wychodzę ze swoim obliczem i nawisem brzucha, na balkon z widokiem na osiedle. Usadzam swoje tłuste cztery literzyska na plastikowym cokole krzesełka typu pcv-hwdp, wiecie - takie zwyczajne plastikowe, ogrodowe. Więc usadzam swoje cztery litery na cokole. W końcu usadziłem i teraz zwracam uwagę na to co mogę zobaczyć. W sensie - dobieram sobie jako kompana - moje oczy. Nie wiem czy rzucam wzrokiem z lewej do prawej, czy odwrotnie, tj. z prawej do lewej. Nie wiem. Nie wiem czy da się to uporządkować wedle jakiejś zasady. Bo nie pamiętam jak to jest kiedy usadzam tłuste cztery litery moje na balkonie. No ale patrzę. O...! Chyba zacząłem od prawej. Tak, od prawej. Bo zauważyłem panią S. Pani S, na chwilę obecną, w dniu dzisiejszym jest przy oknie. Tym razem to ja ją zauważyłem pierwszy. Następnym razem to pewnie ja zostanę przyłapany i znowu się zdziwię, że umknęło to mojej uwadze, że pani S, jest przy oknie. Cholera. Widać tego razu zacząłem ogląd od lewej strony widoku. No ale nic.
I wiecie.... Straciłem trochę ten rezon i motyw, ten który miałem na początku komponowania wpisu więc będę kontynuował chyba takimi tory, aby uciekło jak najmniej z przedwstępnej myśli. Będę pisał tak jakbym wcale nie musiał robić przerwy na odnotowanie tego progu(?).
Zatem: kocham wychodzić na balkon w takie dni gdy słońce świeci ze wschodu. Gdy pada na wzgórze Jasnej Góry. Kiedy wpada ten ciepły kolor pomiędzy drzewa i dachy tamtejszych domów.

W tym miejscu, powyżej, skończyłem pisać ten wpis chyba trzy dni temu. Nie opublikowałem bo się czymś-tam zniechęciłem. Zamierzałem coś dopisać tutaj dziś, ale pofolguję, bo nie wiem co mógłbym dopisać. Poniżej zamieszczam dziesięć zdjęć zrobionych z mojego balkonu: