środa, 28 grudnia 2016

Cenny byłby tutaj mądry tytuł. Jest jak jest.

Spędzam wieczór w kłębach dymu papierosowego medytując nad tym, że przy dobrym ogarnięciu zagadnienia i domieszce uśmiechu szczęścia, nawet Bogatynia mogłaby być zimowym kurortem. Tyle, że nawet śniegu nie ma.
Ale powiem Wam coś. ;) Dzisiaj podczas podboju kolejki do lekarza przechodziłem przez skrzyżowanie 3ciego Maja, II AWP i Fabrycznej i moją szczególną uwagę przykuła pewna prawidłowość, przywara człowiecza. Tuż z linią stopu na światłach zaczyna się miejsce gdzie wyjaśnień udziela aż nawet chyba sama antropologia kulturowa. Otóż pasażerowie samochodów postrzegają postój na czerwonym jako moment sprzyjającu wypluciu wyżutej już gumy, przez okno - na asfalt. Masowo, czy kto pierwszy czy ostatni stoi. ;)

piątek, 23 grudnia 2016

bądź tu mądry człowieku...

Chciałbym coś wyrazić. Swój ból. Ale chyba zabieram się do tego od dupy strony. No bo jak wytłumaczyć samobójstwa? Codzienne, konsekwentne, podłe samobójstwa? Ktoś wie? Że niby jak najprościej? Tak? To proszę - obiecywałem abstynencję... Ale słowa nie dotrzymuję. Chyba będę tępo naiwny jak znowu powiem, że tak bardzo chciałbym przestać. Oj, nie wiesz jak chciałbym przestać. A jednocześnie robię to z dziką furią niemal każdego dnia. Zastanawiająca jest w tym momencie jedna kwestia - czy naprawdę chcę przestać? I może już masz to w dupie od pewnego czasu (albo jeszcze dłużej), ale wiedz, że w miarę pisania tych słów, jest mi coraz lżej. A wiesz czemu? To proste. To prawda.

środa, 14 grudnia 2016

ten wpis jest kiepściutki zupełnie jak ten wredny deszcz za oknem.

Wczoraj jednak nie kroiłem mięsa na bigos świąteczny bo spałem. Ale cóż to była za drzemka! Jaka słodka i sycąca! Obudził mnie dopiero spiker telewizyjny. Jeszcze nie wiedziałem co dokładnie emituje TVN24, lecz hymn - mam wrażenie - śpiewałem przez sen od początku do końca. Lecz jedna rzecz mi się "uhalucynowała" przy tej okazji - mianowicie wspomniany spiker (zaznaczam, że wówczas dopiero wracałem z morfeuszowej krainy snu) wypowiedział taką zapowiedź zanim rozbrzmiał hymn: "przenosimy się teraz do Atlanty, tam nasi sportowcy znów stanęli na podium". I z tej okazji dołączyłem do śpiewających Mazurka Dąbrowskiego... Nie wiem kompletnie czy w ogóle wydałem jakiś wokal z siebie czy to wszystko odbyło się jedynie za pomocą "szeptu" w mojej głowie, ale okazało się, że jednak pamiętam cały nasz hymn. Kiedy już zupełnie wróciłem do świadomości - okazało się, że nie ma żadnych zawodów (czyli drugi raz miałem już tego, sportowego typu, halucynację przysenną, która fachowo zwie się "hipnagogiem" - zaraz opiszę pierwszą sytuację z roku 2014), a to co nadaje tv, to jest to tylko relacja z demonstracyj PiSu oraz KODu. Jakoś nie mam ochoty by rozpisywać się na temat polityki. Pośród wersji roboczych czyli szkiców postów w panelu zarządzania są nawet dwa wpisy o polityce, których nie dokończyłem z powodu zwątpienia, które dopadło mnie w trakcie ich pisania. Dodam, że jeden miał traktować o Donaldzie Trumpie (pisany wkrótce po tamtych wyborach) a drugi Polski oraz PiSu i p. J. Kaczyńskiego. Ten pierwszy okryję milczeniem, a co do drugiego to faktycznie mogę wspomnieć o nim krótko w tej chwili - nie głosowałem na PiS, jednak liczyłem na faktycznie lepszą jakość rządzenia niż to było za PO i choć kibicowałem mocno Kaczyńskiemu (i nadal kibicuję), to jego (oraz np. pana A. Macierewicza) zauważalne dziwactwo i nieco zamknięty umysł, martwią mnie. Ja popieram te postulaty niezależności Polski od np. Brukseli i dumą napawa mnie nasze braterstwo z Węgrami, lecz uważam, że nie powinniśmy aż tak zadzierać nosa... Urwę o polityce, bo mam wrażenie, że tak czy owak - nie mam już do dodania na ten temat nic interesującego. No może poza krzepiącym serca hasłem: Niech żyje Wielka Polska! 

Ok. Obiecałem wcześniej przytoczyć sytuację z roku 2014, oto ona: były wtenczas wakacje, trwał piłkarski mundial w Brazylii. Była to wczesna faza pucharowa. Grała chyba Kolumbia z "kimś tam".
Ja przed meczem dokonałem wielkiej pomyłki. Postanowiłem położyć się spać. Miałem nieźle w czubie już z tego co pamiętam (nie, nie alkohol). Oprócz kwetiapiny przyjąłem buprenorfinę. Buprenorfina to substancja używana do leczenia uzależnienia od opiatów. (nie, nie ćpam opiatów. wręcz ich nie lubię.) Przyjąłem ją dlatego, że w małych dawkach! potrafi być przyjemna.
No ok. To mnie chyba tłumaczy. Ale sam nie wiem jak wytłumaczyć fakt klasycznego po*ebania percepcji, kiedy zamiast kawalątka tabletki zażywam ją beztrosko i bezkrytycznie całą...? Ja nie wiem jak. Dodam, że obudziłem się w trakcie wspomnianego meczu w przeświadczeniu, że komentator telewizyjny każe mi przenosić cegły z boiska (w Brazylii!) na mój balkon bo przeszkadzają w grze? W Polsce godzina była już późna i za oknami ciemność... A ja pamiętam, że było jasno kiedy ruszyłem po pierwszy ładunek....

W ogóle ta notka jest jakaś do kitu. O tych cegłach to chyba już pisałem kiedyś tutaj. Kończę więc ten wpis. Mam wrażenie, że jest kiepski toteż nie będę się przedstawiał na FB, że napisałem coś nowego.... Chyba muszę przeczytać wszystkie notki, które tutaj sporządziłem i jednak wziąć się do pisania poważniejszego niż takiego. No i myślę, że reaktywuję tego mojego nieszczęsnego bloga z "poezją".

Dzięki za uwagę, ciau.

środa, 30 listopada 2016

czy śnieg w nocy też jest biały czy może nikt jeszcze o to nie pytał bo przedwczoraj było lato?

Ojej! Ludu! Spadł śnieg! Widzieliście? Na Was też spadł? Tak? I jak Ci z tym? Tak jak mi? Że znowu rok trzasnął sprintem jak Usain Bolt i zostało się zastanawiać czy minął szybciej niż przedtem? Usain Bolt pewnie pobije swój rekord, ale mogę chyba ze szczerym sumieniem przyznać, że jakoś podejrzanie szybko minął mi czas od lutego do dzisiejszego dnia - ostatniego listopada. Cholera. Przecież nikt nie zaginał czasoprzestrzeni... Eeee.... Prawda? Nie mylę się, co? Nie ważne. Mógłbym tutaj wspomnieć o benzodiazepinie, którą brałem przez większość minionych dni, ale już więcej o niej nie wspomnę, oprócz zaznaczenia, że ponoć po niej szybciej ucieka czas. Coś jest na rzeczy. Gdyby spojrzeć raz na zegarek po klonazepamie i potem porównać widok przy drugim spojrzeniu, można by wysunąć metafizyczny postulat prawdy - jakoby po benzodiazepinach czas płynął szybciej. Nie wiem. Coś mi świta w umyśle, że już o tym pisałem na tym blogu. O tym upływie czasu po benzo. Nie wiem. Piszę wykorzystując strumień świadomości i po tych kilku latach minionych od porzucenia bloga jedi, przestałem czytać to co napisałem wcześniej na tymże blogu. Może powinienem przeczytać?
Cholera... Przeczytam, bo znowu mam wrażenie, że się powtarzam. Nienawidzę tego pieprzonego przeświadczenia, że już ten temat podejmowałem. Tym bardziej, że przyjmuje tego typu przeświadczenie we mnie już formę pełnoprawnego deja vu. Irytuje mnie to. Może na święta dostanę trochę luzu. W końcu ważne jest mieć nadzieję. W końcu ważną jest nadzieja, że jeszcze trochę pokręcą się wskazówki po zegarowej tarczy (że też im się nie pokręci nic od tego...) i wreszcie te święta będą. Święta Bożego narodzenia. Bożego! Chwalmy Pana! Wszyscy Święci! Gdzie są te przecenione produkty, które sieci supermarketów podarowały nam "pod choinkę"? Jakoś mnie to omija. Ten cały szał świąteczny... Azaliż jako, że znam się na zegarku (nawet połapałem się miesiąc temu, że godzinę należy przestawić!) i kalendarz mam zaktualizowany i zsynchronizowany wszędzie gdzie tylko mógłbym o tym pomyśleć, to czuję się zaskoczony! Normalnie nie spodziewałem się! Gdzie są ci wszyscy reklamodawcy, ci marketingowcy, np. ci po ciężkich studiach zaocznych w Zgorzelcu, na menadżerskiej uczelni? Czemu jeszcze nikt nie chce mi wcisnąć czegoś okazyjnie? No czemu? Mam czekać? I nerwowo zerkać na zegarek pełen zniecierpliwienia? Po moim trupie. Nie mam czasu. Samo się stanie. Nikt niczego nikomu nie każe. Ale dzięki, że czytasz. Czuję się wydrenowany umysłowo w tym momencie tej wypowiedzi i wystąpił - wspominany ostatnio - pot na skórze mej znowuż, z powodu zagotowania się mego w toku tych wywodów. Myślę, że już wystarczy. Pozdrawiam tych moich sąsiadów, którzy pierwsi wystawili w oknie swym błyskotliwe światełka oraz dołączam pozdrowienia dla tych sąsiadów, którzy -wedle mej obserwacji - zrobili to jako drudzy. No co... ? Ten bałwan kto ulepiony...

piątek, 18 listopada 2016

jeszcze jedna notka, która nie ma skonkretyzowanego motywu tytularnego.

Jak pada deszcz w Bogatyni, to ja akurat muszę gdzieś iść. I jak pada ten deszcz to oczywiście, że nie wziąłem parasola z domu. Zorientowałem się, że pada po zejściu z pierwszego piętra. Co z tego, że tak nisko, skoro gonił mnie czas i nie wróciłem się po parasolkę. Co z tego? Albo może - co z tego wynika? Co z tego wynika oprócz tego, że mam w życiu rozgardiasz... Bo co oprócz tego właśnie, może wynikać, gdy już wróciłem do domu i nie pada na mnie? Może i wynika niejedno, ale pisać o tym nie będę. Wynika z tego, że to nie ważne. No przynajmniej na pozór wynika z tego, że to nie ważne. A jak już coś jest pozorem w tym wszystkim, to obstawiam, że przynajmniej jest to faktycznie upozorowane, bo tego pozoru dopatruję się w halucynacjach, które przeżywam podczas swojego życia. Podobno pisarze (nie no, nie jestem w sumie pisarzem nie?), jako ludzie, którzy swoją świadomość zajmują scenariuszem swojej opowieści i jakby opuszczają sferę tu i teraz, mają tę małą furtkę bezpieczeństwa podczas snucia ich bajań, że przy rzeczywistości trzyma ich naciskanie klawiszy z literkami, lub długopis. Więc wynika z tego, że ja, jestem zaczepiony w rzeczywistości poprzez to co czytasz. Gorzej tylko, że skreśliłem kolejne zdania, które były w tym miejscu i uciekła mi kompletnie ochota - bo nawet nie pomysł czy wena - na dalsze pisanie. A może to przez to, że mi się skończył papieros? Idę po następnego i kończę ten wpis.

wtorek, 15 listopada 2016

" to jest miś na miarę naszych możliwości! "

Nie lubię się tak czuć jak czuję się w tej chwili. Wszech-zwątpienia doświadczam mianowicie. Nie widzę sensu w doprowadzaniu spraw do końca. To chyba czwarta próba napisania notki na blogu w dniu dzisiejszym. Robię to dla siebie. Nawet nie będę, zaraz po ukończeniu, udostępniał linka na facebook'u. Chyba jednak najlepszym remedium na stan pustki wewnętrznej jest zastosować do swojej rzeczywistości starego porzekadła naszych rodziców - oraz ich rodziców - czyli naszych pradziadów - " weź się do roboty (zajmij się czymś) to nie będziesz myślał o pierdołach! " I wiecie co? Dosłownie jak skończę tę notkę to ruszę się stąd, aby się czymś zająć. Mam coś do zrobienia. Ku*wa. Idę się tym zająć.
No to pa~pa!

środa, 2 listopada 2016

z balkonu.

Wyjść. Wyjść wreszcie przez balkon i stanąć na świeżym powietrzu. Wreszcie poczuć, że to jest ten moment. Że oto już i, że to teraz - nadeszło! Więc wychodzę na ten balkon. Wcześniej przygotowałem sobie papierosa. Nabiłem ten niezły tytoń, który nie spełnia unijnych norm i oto wychodzę ze swoim obliczem i nawisem brzucha, na balkon z widokiem na osiedle. Usadzam swoje tłuste cztery literzyska na plastikowym cokole krzesełka typu pcv-hwdp, wiecie - takie zwyczajne plastikowe, ogrodowe. Więc usadzam swoje cztery litery na cokole. W końcu usadziłem i teraz zwracam uwagę na to co mogę zobaczyć. W sensie - dobieram sobie jako kompana - moje oczy. Nie wiem czy rzucam wzrokiem z lewej do prawej, czy odwrotnie, tj. z prawej do lewej. Nie wiem. Nie wiem czy da się to uporządkować wedle jakiejś zasady. Bo nie pamiętam jak to jest kiedy usadzam tłuste cztery litery moje na balkonie. No ale patrzę. O...! Chyba zacząłem od prawej. Tak, od prawej. Bo zauważyłem panią S. Pani S, na chwilę obecną, w dniu dzisiejszym jest przy oknie. Tym razem to ja ją zauważyłem pierwszy. Następnym razem to pewnie ja zostanę przyłapany i znowu się zdziwię, że umknęło to mojej uwadze, że pani S, jest przy oknie. Cholera. Widać tego razu zacząłem ogląd od lewej strony widoku. No ale nic.
I wiecie.... Straciłem trochę ten rezon i motyw, ten który miałem na początku komponowania wpisu więc będę kontynuował chyba takimi tory, aby uciekło jak najmniej z przedwstępnej myśli. Będę pisał tak jakbym wcale nie musiał robić przerwy na odnotowanie tego progu(?).
Zatem: kocham wychodzić na balkon w takie dni gdy słońce świeci ze wschodu. Gdy pada na wzgórze Jasnej Góry. Kiedy wpada ten ciepły kolor pomiędzy drzewa i dachy tamtejszych domów.

W tym miejscu, powyżej, skończyłem pisać ten wpis chyba trzy dni temu. Nie opublikowałem bo się czymś-tam zniechęciłem. Zamierzałem coś dopisać tutaj dziś, ale pofolguję, bo nie wiem co mógłbym dopisać. Poniżej zamieszczam dziesięć zdjęć zrobionych z mojego balkonu:











czwartek, 20 października 2016

Raz, dwa, trzy... to próba mikrofooo....

Piszę ten wpis z telefonu komórkowego typu smartphone . Słowo smart znaczy w tłumaczeniu na naszą piękną polszczyznę, tyle co bystry. Smartphony oczywiście są bystre, to niezaprzeczalne ani trochę. Myślę, że również uzasadnione jest założenie twierdzenia, że część użytkowników smartphonów staje się przytępiała gdy zawiesi się nad swoim telefonem. Ale, ale! Ten wpis powstaje po to by sprawdzić funkcjonalność i działanie pewnej aplikacji, która na urządzeniach typu Lumia, tj. takich z Windows Phone, umożliwia obsługę googlowskiego serwisu blogger z poziomu Lumii z WP 8.1. Jak wypada? Dobrze? To zapowiadam niniejszym, że jeszcze dziś napiszę tutaj konkretną i treściwą notkę.

poniedziałek, 17 października 2016

Uwaga! Uwaga! Ten wpis to jedynie moje własne zdanie na przedstawiony temat. I zachodzi prawdopodobieństwo mojej pomyłki.

Podobno mleko od krowy jest niezdrowe. Podobno zawierając w składzie dużą ilość wapnia powoduje wypłukiwanie wapnia z kości człowieka i wcale nie zapobiega osteoporozie. Podobno ktoś miał interes, w tym aby kampania zachęcająca do picia mleka (przy udziale znanych osób...) jest korzystna dla pewnych podmiotów gospodarczych. Podobno chodzi o to o co nie wiadomo o co chodzi, ale chodzi o to, że nie wiadomo o co chodzi poza pieniędzmi oczywiście. Podobno lekarze o tym wiedzą i tylko z powodu dużej skali omamienia w społeczeństwie nie mają sił, by odkłamywać rzeczywistość. Podobno lekarze sami nadużywają pewnych substancji. Podobno wiem nawet kto i co. Ale nie podam nazwiska. Nawet dziedziny medycyny, tj. specjalizacji tego lekarza. Podobno doskonale znany, inny lekarz z Bogatyni sprawdzał to czy tamto. Podobno w ogóle ciężko dostać się do lekarza, więc ciężko to zweryfikować nawet jak jesteśmy w potrzebie i boli nas to. Podobno partia polityczna PiS przyjęła bezrefleksyjnie, przy aprobacie każdego swojego deputowanego do parlamentu Kochanej Mateczki Rzeczpospolitej Polskiej uchwałę o podpisaniu przez Polskę umowy o handlu z m.in. Kanadą i innymi matecznikami zasiewów GMO oraz jaczejkami bezdusznych korporacji łasych na duże zyski ze spożywania przez nas pomidorów modyfikowanych genetycznie, pozbawionych wartości odżywczych. Podobno gospodarka zwalnia. Podobno minister finansów już pracuję nad pakietem ustaw oraz wcieleniem w życie nowego zbioru praw i nowych rozporządzeń, które to prawdopodobnie cofną regres i najprawdopodobniej będzie to działało na zasadzie nieprawdopodobnie dobrej, korzystnej zmiany. Podobno nie każda kobieta uczestniczyła w czarnym proteście. Podobno jednak niektóre chcą zaostrzenia reguł ingerowania w status nowego życia poczętego, które skrywają ich trzewia. Podobno wcale ten cały szum wokół ustawy aborcyjnej był zbyt nadmuchany i Pan Kaczyński badał tylko teren a w parlamencie wcale nie podjęto konkretnych działań zmierzających ku uprawdopodobnieniu zakazów jakichkolwiek. Podobno to jednak nie prawda. Bo podobno jesteśmy - co osobiście uważam za mocno prawdopodobne - manipulowani przez różne medialne źródła informacji, które podobno podpierają się takimi, którzy - stanowią całymi swoimi osobami i zasobem autorytetu - depozytariuszy najprawdopodobniej ostatecznych i niekwestionowanych zbiorów prawd i ogólnie rzecz ujmując - prawdy. Ponoć więc wspomniane media chcą uprawdopodobnić emitowane treści do stopnia jak najprawdopodobniej zbliżonego do najprawdopodobniejszości najprawdopodobniejszej. Całkiem prawdopodobne co?
Podobno - i myślę sobie osobiście, że to prawdopodobnie racja - Baszar al-Assad nie myli się ani trochę ostrzegając, że zaognianie sytuacji pomiędzy USA i Federacją Rosyjską prowadzi i najprawdopodobniej doprowadzi do wybuchu konfliktu, który - to bardziej niż prawdopodobne - będzie można nazwać w odległej przyszłości wojną światową trzecią. Prawdopodobnie prawdopodobieństwo pewnych prawdopodobieństw można nawet obliczyć matematycznie.
Prawdopodobnie ktoś jednak wśród tych nieprawdopodobnie zamotanych możliwości, pośród prawdopodobnych scenariuszy i meandrów przyszłości ma mocno prawdopodobną i poprawną w zderzeniu z rzeczywistością dozę trafnych racji. Nie wiem sam. Ale najprawdopodobniej ktoś taki istnieje. Ten wpis podobno może być nieprawdopodobnie ubogi i podobnież nieprawdopodobnie podobny do zbioru bełkotu wymienionych podobnych prawdopodobieństw. Ale podobno jak ktoś się myli to ktoś jednak najprawdopodobniej jest bliżej poprawnej wersji. Podobno istnieje prawda obiektywna. Najprawdopodobniej jest ona tyleż osiągalna co najbardziej prawdopodobne prawdopodobieństwo posiadania rzetelnych informacji na temat tego co może być nijak nieprawdopodobne na pierwszy rzut oka.
Podobno mamy chaos.
Ale!
Faktem jest, że w każdym chaosie istnieje porządek. I najprawdopodobniej nie można zanegować stwierdzenia, że w życiu - w dziejących się zdarzeniach -  nie ma krztyny przypadku. Pewnie powiesz, że to równie nieprawdopodobne co prawdopodobne. Prawdopodobnie masz zdrową świadomość, że to tylko Twoje własne zdanie i że prawdopodobnie, ktoś obok może być bliżej prawdopodobieństwa, nawet jeśli - co całkiem prawdopodobne - nie zważa by zauważyć, że to jedynie jego własna opinia, która może prawdopodobnie być racją lub nieprawdopodobną hipotezą.
Ponoć czas jest bliski. Więc może coś tam jest całkiem podobne prawdzie z tego co prawdopodobnie przeczytałeś i być może było to dla Ciebie zrozumiałe.
Kończę, wiesz....
Prawdopodobnie jeszcze się odezwę.

Nashle,!
Ahoj!

niedziela, 2 października 2016

Raczej długi wpis o niczym konkretnym raczej.

Dziś drugi dzień października. Za oknem deszcz. Nawet okna nie można uchylić celem wywietrzenia dymu papierosowego bo zaraz zimno po kościach. Może jednak to i dobrze, że pada bo muszę grzybów nazbierać wreszcie. Tak. Czas w las - jak to wykombinował takie hasełko mój ziom A. I tak w ogóle to miałem wczoraj pisać notkę. Ale no niestety "miałem napisać to wczoraj ale piszę dziś...", zresztą... jakie niestety? Dzisiaj jest klimat i ochota na pisanie, więc będzie dzisiaj. Nie ma wprawdzie wczorajszej euforii i głupawki pomieszanej z zadumą ale jeszcze raz napomknę, że nic to. Wczoraj, pierwszego października - przypadała ósma rocznica wystawienia mi pewnej mocnej diagnozy przez pewnego doktora [mojego imiennika] w mieście Wrocławiu, na strychu mocno zniszczonej kamienicy przy ulicy Żeromskiego. To było mniej więcej w dwa tygodnie po zakończeniu wakacyjnego ćpania w Amsterdamie. Taaak... piękna sprawa... 10 dni wypełnionych dymem i pierwsze grzyby... Nawet mi przeszła w ciągu pobytu psychoza typowa dla upalenia się konopiami. Wracałem wwożąc do kraju wiele tłustych molekuł THC we krwi i zaklejony nimi mózg... Eh... Jakże ja chciałbym żeby Poland like Holland be full of laugh. Wy też co? A może nie przekonuje Cię to? Naprawdę nie? Jesteś osobą konserwatywną? Ja też. I powiem Ci, że wtedy w Polsce też byłaby monarchia [i choć już abdykowała Królowa Holandii to wiedz, że ustanowiono tam święto narodowe z powodu naszych wspólnych urodzin ostatniego dnia kwietnia] i byłby ład i porządek bo władza monarsza od Boga jest i przezeń jest namaszczana i uświęcana. Czyli wszystko gra - Boży porządek i Boskie Ziele dla ciała i ducha. Dla polskich rodzin jako sakrament niosący łagodność.
Kurczę, nie wiem czemu tak się rozpisałem o tych konopiach kiedy tak naprawdę konopie mi średnio leżą. Nadal wpędzają mnie w psychotyzujący stan umysłu, lecz mogę przyznać, że co najmniej już miesiąc z konopiami kontaktu nie miałem. I nie dążę do tego. No niestety. Więc drogi D. jak następnym razem znowu zapytasz masz może chmurkę? To po pierwsze wiedz, że znowu powiem Ci, że gdybym miał to już przed pytaniem bym Cię częstował a po drugie to wiedz, że najpewniej nie będę mógł Cię poczęstować. Choć gdybym mógł sobie pozwolić to bym Ci całą jej sakwę sprezentował. :) Tobie G. też i Wam bracia D. też. No i Tobie G. też. Jeśli kogoś pominąłem to przepraszam, najwyraźniej byliście dla mnie ulotni jak ten charakterystyczny mleczny dym z ust...

Miałem wspomnieć jeszcze o dwóch rzeczach. Co do tej wizyty u psychiatry - przypisał mi wtedy 2 mg leku Rispolept [risperidonum] i oto następnego dnia [czyli dzisiaj jest druga ósma rocznica!] wstałem rano, w pierwszym dniu zajęć w Instytucie Filozofii, jakbym wczoraj pił jakiś srogi bimber i dołączył do tego chyba jakieś popsute jedzenie z wszelkimi bakteriami wirusowymi i jeszcze dostał w tym mrocznym zamroczeniu czymś twardym w głowę. No ledwo wstałem. No ledwo żyłem. Nie powiem, że nie myślałem, tylko nie myślałem, że nie będę wiedział co o tym wszystkim myśleć. Przerażające. Czułem się jakbym był z waty a pod skórą miał powłokę poszarpanego chropowatego jak papier ścierny styropianu... Dowiozłem jednak tyłek tramwajem, którego numeru nie pamiętam [coś pomiędzy 19 a 21] na Kromera i dalej powlokłem się pieszo.
Po południu zdecydowałem się na taktyczną zmianę filozofii na fotografię. Później doktor mi podniósł Rispolept do 6 mg a na mój wyraźny grymas następnie dał Zolaxę [olanzapinum], która to wpędziła mnie w apetyt jak krwiożerczego potwora z durnej bajki co zjada dobre gnomy i nienasycony jest. Przytyłem około 40 kilogramów.
Rispoleptu już mi dzisiaj nie przypisują bo ma niekorzystne działanie na mój autonomiczny układ nerwowy [poturbowany wszelkimi bieluniami... a jakże...], z olanzapiną kontakt miałem wczoraj wieczorem. Już dawno nie gną mnie neuroleptyki jak pięść mocarza chwytająca za wydmuszkę jajka. Schudnąć pomogła mi pewna substancja na błyskotliwość. No i fakt, że czasem nie miałem swobodnego dostępu do lodówki czy już w ogóle wstępu do kuchni.

Miałem o jednej rzeczy jeszcze wspomnieć. Więc krótko - moja mama w trakcie rozmowy ze mną użyła takich słów: nie jestem żadną mahometą.
MAHOMETĄ.
Moja mama nie jest Mahometą.
Wątek dotyczył ogólnie chyba walki z uzależnieniem a ja coś dywagowałem o mocy woli człowieka i chyba użyłem tego powiedzenia o tym, że góra do Mahometa nie przyszła to Mahomet do góry pójdzie czy coś.

No to tyle.

I pamiętajcie - ten blog ma słuszny adres szpital psychiatryczny.

A wiecie jaki jest ciekawy szczególik dotyczący tej "atrakcyjnej" domeny?
Otóż była ona wcześniej zajęta przez jakąś dziewczynę. Ja miałem już takiego bloga na wordpressie, ale wolę googlowskiego bloggera, więc nie licząc na wiele wysłałem do niej prośbę o zwolnienie domeny. Zaskoczony chyba ponad miesiąc później założyłem tego bloga. ;)

niedziela, 11 września 2016

"a niech to... ale przecisnę się jakoś i tak."

Dzisiaj jest Niedziela. I to jest punkt podparcia. Ale to nie ważne jak do tej pory. Zaraz wyjdę z tego edytora tekstowego, ale jak na razie to nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Może to dlatego, że mam za dużo do powiedzenia rzeczy nieciekawych i poza tym to chciałbym o tym ciekawie opowiedzieć. I nie myśl, że mnie nie ma z powodu tego, że tego nie przemyślałem. Bo utarło się postrzegać "myślę więc jestem"  - a ja trochę jestem jak tacy co tak myślą... Coś słyszałem ostatnio w Kulturze o myśleniu i nie mówieniu. I nie powiem wszystkiego wiesz? [izdohcbo ot ęiC onwóg] I nie to, że jestem tak bardzo za myśleniem i że przy tym mam już w pamięci operacyjnej wszystko [wystarczyłoby tylko sięgnąć do niej] przemyślane co mówić i unikam mówienia bo myślałem już tak długo, że umyśliłem do powiedzenia tak wiele. I że niby właśnie z tego powodu nie chcę się odzywać. Bo niby jakbym się odezwał to mógłbym tak wiele zająć miejsca i czasu [miejsca w czasie trwania], że wyszedłbym na niegrzecznego. Nie. Tak nie jest. Nie powiem tego wszystkiego [tego co mi się roi za te wspomniane nieciekawe] bo już po wystartowaniu z mową [wywodem] tłumią mnie, że się mądrzę.

piątek, 9 września 2016

Cześć, co u Ciebie? bo u mnie...

Witam umiłowani.
Co słychać? Mam nadzieję, że u Was jak zawsze klawo i kolorowo jak na lanserskich fotkach na Waszych instagramach. Może powiem co-nieco, o tym co takiego słychać u mnie? Będziesz czytać dalej? Tak? Dziękuję, miło mi.
[uprzejmość i takt przekupuje wiele osób, często już przecież na starcie...]
Zanim jednak powiem co u mnie, to chciałbym sobie sarknąć na moje żałoby godne, niedomaganie pewne. Otóż: ni cholery [ni hu hu...] nie orientuję się prawidłowo [orientuję się jedynie piąte przez dziesiąte tudzież pi razy drzwi lub mniej niż więcej...] co do kwestyj interpunkcji w polszczyźnie. Myślę, że całkiem domagam w chwili kiedy dochodzi w toku wypowiedzi [koniec języka za przewodnika...?] do takiej sytuacji, gdzie zachodzące okoliczności istnienia sztywno określonych zasad ortografii [rozpowszechnienie pośród Polaków znawstwa i znajomości tychże jest kwestią zupełnie innego rodzaju - to jak gdyby porównać stopień atrakcyjności Bogatyni z egipską Gizą] zmuszają autora do tego, że jest zobligowany do tego, że - przed [lub w okolicy, niekiedy] spójnikiem (czy tutaj powinien być przecinek ??) "że" w szyku zdania, tzn. w ciągu treści udzielanej odbiorcom wypowiedzi należy umieścić znak interpunkcyjny - przecinek. No i w tym i w tych innych, podobnym sobie nawzajem, przypadkach pisarskich, tj. takich jak na poziomie komunikowania się pisemnego.
Ach czytelniku, czytelniku!
Czyś mnie zrozumiał?
Czy może jednak zadajesz sobie dwa pytania:
 primo - co też on za brednie wypisuje?
oraz
secondo - czy jest sens by poświęcać czas, tj kontynuować lekturę?
Jakkolwiek pierwsze nie ulega wątpliwości, to drugie jest kwestią otwartą... Wiedz jednak i bacz na to, że mój osąd jest taki - skoro już u początku tej notki - w pewnym sensie -zadeklarowałeś/aś się, że zainteresujesz się [mam na myśli to, że przeczytasz to wszystko tutaj] co u mnie słychać i jako, że odebrałeś/aś moje miłe słowa podziękowania [mogę Ci drugi i nawet trzeci raz podziękować! mam to gdzieś! cechuje mnie najszczersza uprzejmość!], to w takiej sytuacji będzie raczej faux pas z Twojej strony kiedy przerwiesz.


~~
Nawet się cholera nie domyślasz ile to jest trudu i generowanego napięcia oraz wysiłku [piszę do tego miejsca to już chyba kwadrans...] na poziomie fizjologicznym! [zacząłem się pocić...] Sobie po prostu tego nie wyobrażasz!
~~


Okej - więc ujmując to nieco zwięźlej - potrzebuję, by wreszcie wziąć na warsztat książkę autorstwa pewnego polskiego małżeństwa, które, w raczej niedużej jej objętości wyłożyło dla piszących polszczyzną meandry sztuki poprawnego stawiania przecinków.


Czy już o tym wspominałem na tym blogu czy jednak znowu mam deja vu, kiedy piszę o tym teraz??


A zatem:
No właśnie.
Otóż: aby być wobec Ciebie czytelniku/czytelniczko uczciwym - i we wszechświatowo-makrokosmicznym sensie karmicznym [chodzi mi tylko o to, że czynię dobro w tej chwili] - sprawiedliwym, podzielę się z Tobą tym, co czuję, tj. zdradzę co u mnie słychać.

Użyję techniki przekazu nieco skomplikowanej, choć w języku swoim będę się starał być zrozumiały i nieskomplikowany - opowiem Ci o tym za pomocą metafory. Sformułuję hipotezę i przeprowadzę dowód, transmutując ją w postawioną na twardym fundamencie tezę.

Posłuchaj no...
Wiesz, zapewne jak to się mawia: "stara bida". Mówi się też: "stara bida, oby tylko nowej nie było..."
To podsumowując - u mnie ciągle bez zmian, stara bida w sensie ścisłym. A może znasz mnie lepiej ode mnie i poddasz to w wątpliwość?
Naprawdę myślisz, że coś w moim życiu jest ciekawego?
Kpisz sobie.
Bo chyba byś musiał(a) zagaić do mnie z propozycją wyjścia na piwo. (ale tylko dopóki trwa ten dzisiejszy piątek i jeszcze jest młodziutka godzina...
Tylko wiesz... musisz mi ewentualnie postawić ten napój haha.
Uwaga, puenta - stara bida!

Oby nie było tylko nowej biedy - gorszej od starej.

Dzięki za uwagę.
Ciau.

wtorek, 2 sierpnia 2016

nic a nic szczególnego.

Tak się zaczyna nowy post na tym blogu. Tak naprawdę to sam nie wiem o czym chciałbym pisać. Jakoś tak dwie minuty temu jeszcze wiedziałem, później - zaczęła mnie zjadać głupia trema i już nie bardzo wiem o czym pisać. To doprawdy głupie uczucie taka pustka. Bo tak to właśnie odczuwam.
Jeśli kiedyś pisanie na blogu było terapią, to teraz jest to czymś w stylu wyzwania. Może raczej powinienem pisać te wiersze? Tę niby poezję albo poetykę uprawiać? Hm?

Wciąż zjada mnie pustka w środku.
To koniec tej notki.

piątek, 8 lipca 2016

zajęcia szkolnego kółka ornitologicznego. wysokich lotów. sprawozdanie.

Zasycha mi w gardle ale piszę kolejny post. W poprzednim szczerze byłem rzetelny. Rzetelne oceny, pozbawione pychy wskazanie na moich mocodawców, ładne zdania, dobre treści, na poziomie informacje i zgromadzone wiadomości oraz nawet fajny język polski, znaczy meandry techniczne jego - co najmniej na poziomie Gwiazdy Betlejemskiej. Właśnie. Wiecie co zaobserwowałem? Może też zwróciliście uwagę (zdziwiliście się, zadziwiliście się) na to o czym zaraz napiszę. Już piszę.
Słuchaj - widziałeś/aś kiedyś grupki ptaków jak latają w powietrzu w tzw. encyklopedycznie kluczu ptaków? Jeśli widziałeś/aś to dobrze. To znaczy, że wiesz o czym mówię i zrozumiałeś co napisałem przed sekundką. Dalej - ci ptacy potrafią się np. o siódmej rano, o bladym świcie, zerwać z letargu na dachu bloku mieszkalnego np. takiego jak mój i wzbić się w lot całą watahą, po prostu jakby w czwór, lub nawet sześcio-szeregu, rozciągniętym jak Rosja od Smoleńska po Władywostok i nacierać na przestworza sąsiednie niczym as-y Luftwaffe. Serio wzbudza taka flota szacunek jak tak tnie - migiem, gazem - poprzez, fruwające sobie w postaci typu gazowego - powietrze. I tak - w skali globalnej ilu jest ptaków? Sporo co? Ile może być samolotów na globie ziemskim? Hmmm?
Sam(a) widzisz, że ptaki to potęga. Wszak transport lotniczy to najbezpieczniejszy środek transportu.... Ale... Cholera! A niech to! Czyżby ptacy byli u zarania dziejów cwańsi niż człowiek? O zgrozo - mądrzejsi? Mądrzejsi po dziś dzień? Motyla noga.... Sam się teraz zaskoczyłem. Szok ogromny, tym bardziej, że sa jestem osobiście jak pół garści piasku maluśki. Oj maluśki, maluśki.

Lecz! Oto z odsieczą zwątpieniu w gatunek człowieczy przychodzi rozum! Ptaki są głupie. Głupie co najmniej jak my. Czemu? Już rozwikłuję ten problematyczny dylemat samozwańczego filozofa. Zobacz, pomyśl - ile razy szedłeś/szłaś wraz z innymi (nie ma znaczenia czy była Was dwójka czy tuzin) i dziwiłeś/aś się po co to stawiasz kolejne kroki? Po co w ogóle cała ta ko-obecność Wasza? Jak bardzo chciałeś/aś odlecieć... Niczym ptak? A jednak szedłeś/szłaś? A nawet jeśli Twoja obecność była słodka dla Ciebie, to z kolei ileż to razy na następny dzień gdy wyparowały trucizny miałeś/aś choćby ból głowy lub gorsze problemy a może dziecko w drodze?

Nie mówię, że to źle jest przyjmować substancje. Nie powiem również, że normalnością jest niechęć wobec ludzi czy uleganie poprzez samą obecność i bycie dla kogoś bliskiego i z kimś bliskim.

Ale pomyśl... Nie jesteśmy trochę podobni do ptaków? Krążymy... Jemy... Podcieramy się...
No jak dla mnie to trochę osobliwe. Ale pierwszy raz pomyślałem o tym w słabym nastroju i w odurzeniu psychoaktywnym.

"Kto może niech pojmuje!"

o takich jak ten wyskokach i numerach, mówi się po magisterium z kulturoznawstwa, że to w dechę jest.

No to co. Po jednym? Po jednym! Po jednym stanowczo! Kto zapłaci? Hm. Nie martwy się tym teraz. Jest przecież ministerstwo kultury i zdaje się dziedzictwa narodowego. Tam zwrócimy się z prośbą o pokrycie funduszu reprezentacyjnego. Z kolei same koszta typowo techniczne, tj. np. opłata za prąd - jest na chwilę obecną z komórki pożytku publicznego czyli tegoż kompendium przy czołowym w badaniu i eksplorowaniu (zapuszczaniu się tam gdzie jeszcze nikt, nigdy nie był!) sfery cienia i kompleksów oraz najgłębszego (powiązanego z nieujawnianym i zaciekle tłamszonym idiotyzmem sfery intymno-osobistej) poziomu jestestwa. Dodam, że pewien kompetentny neurochemik oraz doktorek (co jest doktorku?) oraz kandydat na kurs alchemiczny twierdzi niezbicie (no nie zabijesz w nim tego przekonania - choćbyś go ścierał pumeksem...), że jeśli chodzi o jestestwo, to jest to jestestwo ponad naturalne.

Wreszcie coś o psychiatrii polskiej co mordeczki? :) Wreszcie! Od początku kompendium głównie wygłaszano tutaj różne bzdurki oraz nic nie wnoszące do sedna tematu - choć trzeba przyznać, że zgrabne i fajne takie - dereizmy, Faktycznie, pewne rzeczy miały tutaj jakieś wartościowe motywy za maską rzeczowości i konkretnego ładunku wiedzy (co za brednia - "wartościowe motywy za maską wartościowości") i być może trafiły do czytelników a nawet do internetu (co mierzy się miarą wyników podawanych przez google.pl) lecz czy były tak słodkie i spasione oraz niczym te kamienie milowe?

Pozytywną ocenę pozostawiam Szanownym Czytelnikom. Dołożyliśmy wszelkich starań (myślenia dużo, sporo heroicznej i pełnej - zmagań z kalectwem - pracy mózgu!) by nadal słupki "nakładu" oraz liczba prenumerujących rosła. Możemy sobie pogratulować.


(na styku pierwszych rzędów z podwyższeniem sceny słychać szeptaną rozmowę):
- Też tak myślisz prawda Słońce? :))
- (....)*

- No już tak nie chwal, aż tak. Nie ma za co ;)

* - (...) czyli brak słów! albo innymi słowy - milczenie jest zgodą.

niedziela, 19 czerwca 2016

"kolorowe sny kiedy ja... [...].... Ciebie... zwariowany świat...."

Świat chyba powoli wariuje. Takiego gradu to ja na swoje oczy, w tzw. realu chyba jeszcze nie widziałem. A jak widziałem [czy muszę przepraszać kogokolwiek za dziurawą pamięć?] to na pewno nie w takiej obfitości i ilości, która ciekawie i rozmaicie pokryła [mam na myśli potencjalne sfotografowanie tego - ale zrobił to kto inny... A ;) ] poszycie murawy pod moim blokiem.
Tak. To było wtedy co Wam Polsat z eteru - niewykrywalny dla radarów "latawiec" potentat ponad-atmosferyczny pokonujący bariery* w powietrzu jak motylki i meteoryty razem wzięte - ten Polsat Wam zaburzyło, zakłóciło odbiór. Mam nadzieje, że się nazbyt nie martwiliście bo nasi odbiór mieli bardzo dobry, cud malina. Hasztag #Michał Pazdan. Tak jest. Gramy u siebie.
Dobre nie? Ponoć było około 35 tyś. Polaków, Niemców jakoś bliżej 40 tyś. [media publiczne] i podobnie jak na jakieś niecałe dwa tygodnie przed startem Euro podczas meczu polskich siatkarzy w japońskim Tokio [no nie pamiętam za cholerę z kim...], przy hali świecącej pustkami w typie krajobrazu księżycowego - tam w dalekiej Japonii, w kraju kwitnącej wiśni, mnichów Zen oraz pośród śladowo obecnych ludzi na meczu - polscy ludzie krzyczeli tak donośnie [słyszałem w Bogatyni :o ] właśnie to hasełko - "gramy u siebie! Polacy! gramy u siebie!".
Po prostu duma narodowa rosła jak grzyby po deszczu. Ciarki przechodzili mnie. Wpadłem w egzaltację. Było mi fajnie i ciepło. I jeszcze przyjemnie.
Tak też właśnie na meczu na tym stadionie pod Paryżewem - z tymi naszymi sąsiadami co wschodnią swoją granicę obsadzili gęsto [jak grzyby po deszczu] ludźmi o odmiennej karnacji, religii i chyba zdartych butach - chodzi mi o Niemców, kiedy to pomyślałem "skurczybyki! a jednak!" kiedy zacząłem wyraźnie słyszeć, że gramy u siebie. Polacy.

No przepięknie. No cudownie. No święci z Was ludzie [jak to mówił były proboszcz tutejszy].

Zacząłem od świata co wariuje. Cholera. Dopiero spostrzegłem i dopiero sobie przypomniałem.
Ale często z tymi moimi wpisami na blogach to było tak, że nie do końca trzymałem się jakiejś sztywnej linii, ani tym bardziej wytycznej. Owszem, kiedyś tak było. Ale wtedy nie robiłem sobie takich strusich jaj z tego wszystkiego.
Nie ważne.

Może znowu zacznę pisać wiersze?
Tfu!
Poezję.

sobota, 18 czerwca 2016

Szkoda gadać.

Widzę, że zaglądacie. Widziałem nawet, że ktoś na twitterze opublikował link do tego bloga. Fajnie. Ciekawe czy to aż tak ciekawe czy jedynie śmieszne ? Przyznaj się łotrze :)
Często myślę o tym co mógłbym napisać. Są powody całkiem konkretne, które mogłyby mnie popchnąć ku pisaniu.
Nic to. Co ma się stać - to ponoć się stanie.
No to hej.

piątek, 13 maja 2016

bez konkretnego tytułu treść raczej też mało konkretna.

Znowu nie wiem jak zacząć. Ponoć nie zaczyna się wypowiedzi od "a więc". Nie zacząłem. Więc jeden punkt już zebrałem. Następnym punktem programu jest problem z nieróbstwem. Tracę tutaj sto punktów. [dom Slytherinu przez Ciebie Michałek traci 100 punktów! - warknął profesor Dumbledore]. No dobra. Ale stawiam te literki. To już coś. Bo zabierałem się do nowego posta na blogu codziennie ostatnio, czasem nawet dwa razy na dzień.

Cóż napisać?
Dobrze, że są substancje. Haha. A jakże. Bez nich halucynacja jaką stanowię zniknęłaby na zawsze i nie mielibyście tylu tych - chyba - ciekawych doznań z kręgu michałkizmu.
No a nawet jeśli nie... To nie byłoby tego wpisu. Bo z licznika odwiedzin wynika, że mam stałe grono odbiorców - nie powiem ilu, ale powiem Wam, że jest to kilkadziesiąt osób - wszystkie odwiedziny pochodzą z FB jako strony odsyłającej. Hehe. Dziękuję Wam, kochane misiaczki jesteście ;)

Cóż pisać dalej?
Dzisiaj zamierzam wyruszyć fotografować. Po obiedzie. Obiad już wkrótce. Także będzie późnym wieczorem aktualizacja fotobloga [nareszcie Michałek!].
I w ogóle w twórczości artystycznej zacząłem dostrzegać nowy sens, jeśli chodzi o sens bytowania. Doświadczałem ostatnio rozmaitych dołków. Coś jakby takiego z kręgu tzw. dysocjacyjnego - podłożem był lęk, który wynikał z wyparcia gorzkiej prawdy na swój temat ze świadomości. Do tego dołożywszy wspomniane nieróbstwo oraz chciwość czy wręcz pazerność na pewne "upgrade'y" rzeczywistości powstała, uformowała się tępawa gnuśność - w sosie własnym.

Pomyślałem teraz o tym, że mógłbym tutaj złożyć pewne wyznanie, ale chyba sobie odpuszczę.

Tak, odpuszczę sobie.

Niechaj to zdanie będzie końcem tego wpisu.
Ahoj!

P.S.
nie wykluczone, że będę więcej i częściej pisał! naprawdę! ;)
"wszystko jest stanem umysłu"

czwartek, 5 maja 2016

Uporządkowany zbiór literek - bez tytułu.

Poprzedni post był taki jak mój zniszczony mózg. Czy ktoś nie wierzy? Ktokolwiek?
cisza
I właściwie piszę to dla siebie. Aby mi coś ulżyło. Tylko mianowicie co ulżyło?
Cokolwiek.
Cokolwiek. Jakkolwiek. Aby tylko dało się poczuć. I właściwie - czy to życie jest złe czy jednak powinienem zostać dobrym człowiekiem?
I czy naprawdę muszę pytać, co to znaczy? Że kim jest ów dobry człowiek?
Nie znam dokładnej odpowiedzi.
Więc kończę ten wpis bo niczego nie osiągnę nim jak ćpun. Czy wiedziałaś? Czy wiedziałeś?
Matka wie, że ćpię.

środa, 4 maja 2016

Coś pomiędzy rzalem, nicością a bulem.

Cześć.
Ten wpis jest trochę wymuszony. Nie wiem kompletnie o czym mógłby traktować. W ostatnim poście (dobry miesiąc temu) bredziłem coś o próbie autoterapii poprzez to całe pisanie. I nie wiem. Naprawdę nie wiem!
Chyba trzeba ustalić garść zasad życiowych. Odnaleźć siebie. Jak mam to niby zrobić? Nie, nie będę pytał nawet czy ktoś wie jak? Skoro sam się plączę we własnej pajęczynie to chyba sam powinienem się próbować z niej wyplątać. W ogóle, to co stanowi o nitkach tejże sieci? To jest chyba trochę tak jak nawinął Ras Luta - "nie zamykaj w kłamstwie się a będziesz wolny".
No i super.
Nie mam ochoty dalej pisać.
Opublikuję jednak ten wpis.
I niechaj stanowi na chwilę obecną obraz mej słabości.

wtorek, 29 marca 2016

dywagacje.

Cześć.
Zastanawia mnie mocno jaki większy sens ma takie pisanie bloga. Obchodzi to kogo co ja napiszę? Może ktoś to nawet i przeczyta, ale czy warto głowić się z kolei nad tym czy ten ktoś coś z tego wyniesie? Z mojego pisania? Może gdybym miał taki polot jak autor Tao - Lao Tsy to stanowiłbym produkt epoki - tak jak w tym przypadku - starożytności dalekich Chin. Polot - mało tego! Musiałbym nieść w przekazie prawdy ponadczasowe. Co więcej - rządzące metafizycznością świata, wiecie - krążenie pierwiastków w powietrzu, przepływ myśli przez mózgi ludzkie i Słowa... Dźwięk... Sensy...
W miarę pisania tej notki odkryłem chyba (jak na chwilę/linijkę obecną) sens tego pisania. Może się powtórzę ale sensem tego pisania jest autoterapia. Autentycznie mi lżej w tym momencie. Nie liczę na poklask. Liczę na szczerość. Zacząłem bowiem żyć w jakiejś cholernej bańce mydlanej. W iluzji. Nie wiem co jest czym i co na co się składa. Nie wiem co stanowi o czymś tam, a co dopiero - nie wiem co takiego stanowi o wszystkim. Gdzie mi tam szukać sensu wszystkiego? Po pierwsze - Tao nazwane nie jest już tym samym tao. Po drugie - jak można znaleźć sens wszystkiego kiedy umysł ludzki karmiony jest pewną aminą? Ponoć jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego... Hmmm... Zastanawiające, nieprawdaż?

Ale dlaczego zastanawiające? - można by spytać. Hah. Otóż zależy od tego jak kto jest ustosunkowany do życia.... Jeden powie, że dywaguję i nie sposób tego zakończyć, tj. uwieńczyć jakąś rozsądną pointą, gdyż dywagować i filozofować można (chyba) bez końca. Choć oczywiście jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Co rozumiem w ten sposób - jeśli dywagację da się doprowadzić do końca, czyli uzyskać definicję wszystkiego nad czym dywagowaliśmy, to czy taka definicja określająca sens wszystkiego nie będzie przypadkiem do niczego?

I to jest dopiero po dwakroć zastanawiające. Bo co człowiek to opinia. Każdy taki człowiek ma swoje własne życie i na swój sposób je postrzega. Każdy przeżył coś wyjątkowego, jesteśmy inni od siebie ponieważ każdy z nas zapisał w swoim umyśle jakieś własne motywy i sensy, które wpływają realnie na świata widzenie przez danego osobnika. Chciałbym zauważyć, że już w tym momencie określam czym jest wszystko. To wszystko to właśnie to wszystko co wpływa na stosunek do wszystkiego wokół. Wpływa też na stosunek wobec niczego - medytacja pustki i te sprawy.
Każdy jednak powinien mieć własne zdanie. Jak ktoś ma własne zdanie (choćby się nawet i mylił) to już wtedy choćby można go pochwalić za wyrobienie sobie swojego własnego zdania.

Ja kończę ten wpis bo zostałem oderwany od komputera na pewien czas i moja lotna myśl została rozwiana przez ruch kołowrotka zdarzeń pobocznych.

Niemniej jednak - będę pisał tego bloga.
Na chwilę obecną chyba potrzebuję tego codziennie.

niedziela, 6 marca 2016

Mikroporty

Nie. Nie będę miał nowego mózgu. Ktoś może zapytać:
- po co Ci nowy mózg? przecież nadal myślisz... ?
A na to ktoś trzeci:
- nadal myślisz, że wciąż możesz?

sobota, 6 lutego 2016

,,

To czas. Bym dał znak, że jeszcze potrafię czytać w języku Polskim. Radzę sobie całkiem nieźle, choć ręka mi odpada jak na kartonie w chłodni w Tesco.
-Michałek, brałeś coś ostatnio?
-Biorę ostatnio takie ilości, że mi wreszcie myślenie wróciło.
- Idż Marek bo zimno.
- Co mòwisz?
- Spiżdżdaj.
- A to Ty. Cholera, nie wiedziałem kto to taki ten mój rozmówca.

Napisane kilka dni temu